images

Jak październik zmienił moje życie

Nie wiem czy zdarza się to i u Was w życiu, że jeden miesiąc okazuje się przełomowym. Tak wielkim nagromadzeniem zmian, życiowych niespodzianek i zakrętów, że powala Was na ziemię i budzicie się z szoku, patrzycie a to połowa listopada. Mieliście tak kiedykolwiek? Ja nigdy. Były miesiące kiedy coś małymi kroczkami się trafiało, była sobie listopad 2008 kiedy to założyłam wspólnie z koleżanką firmę, był sobie październik 2010 roku kiedy to wzięliśmy ślub, czy też wrzesień a praktycznie październik 2011 roku kiedy to dowiedzieliśmy się my i cały nasz świat że będziemy mieli maluszka. I pewnie sporo jeszcze takich dni, tygodni i miesięcy kiedy to jak kropla pewne fakty i nasze przemyślenia drążyły powolutku w naszym życiu nasze nowe ścieżki. Aż zdarzył się październik tego roku, który osiągnął w swojej mocy maksa. W porównaniu do poprzednich „kamieni milowych” naszego życia czy tych drążących kropli to był prawdziwy tajfun. 
Ten mój osobisty tajfun zmienił całkowicie moje życie. A czego dotyczył…

Ano, mianowicie i… dwóch spraw jakże istotnych. Pierwsza dotyczyła pracy, a druga życia prywatnego. 
Pierwsza sprawa to taka, że z końcem listopada, jeśli uda nam się uporać z cała papierologią, zmykam z firmy którą wspólnie założyłyśmy z Asią praktycznie 5 lat temu. Miała być spełnieniem naszych marzeń o niezależności, o pracy dla siebie i u siebie, o podróżach tych wielkich i tych całkiem malutkich. I przez kilka lat taka właśnie była. Kokosów nie przynosiła, ale spokojnie patrzyłyśmy w świetlaną przyszłość każdego dnia i cieszyłyśmy się sobą nawzajem i naszym wspólnym dzieckiem. Bo żeby dogadać się w spółce trzeba się naprawdę napracować, nawet więcej niż w niejednym małżeństwie… Ale jakoś dawałyśmy radę, choć były i zatargi i różnice zdań, jak to między dwoma babkami czasami bardzo spore o pierdołę. Ale kryzys zajrzał nam poważnie w oczy. Do kompletu nałożyły się nasze zmiany myślenia, postawienie na dzieci i rodzinę i się rozeszło. I tak oto Asia zostaje z Fiestą a ja odchodzę szukać swojej nowej, lepszej drogi w życiu.
Ale poszukiwania na tą chwilę czas odłożyć w czasie. Bo oto październik za obfitował w lawinę wydarzeń. I okazało się, że jesteśmy w drugiej ciąży. Nie było to jakieś duże zaskoczenie, w końcu dołożyliśmy do tego jednorazowe starania, ale wizyta 5.11. w 7 tygodniu ciąż okazała się znamienna w skutki. Tak sobie wpada matka do lekarza i rzuca głupawym tekstem, że betaHCG pokazało iż ciąża jest więc przyszła policzyć ile to tam sztuk. I wykrakała. I wygadała, choć pojęcia nie miała. Tak sobie palnęła dla żarciku i rozładowania atmosfery. A na to lekarz, że ma ważną wiadomość. Ja już w strachu, kurcze coś nie tak. A gdzież tam, matka patrzy na obraz, a tam dwa serca biją jak dzwon:) DWA, rozumiecie. Dobrze, że leżałam na tym fotelu, bo bym z niego spadła z wrażenia. I tak oto mierzymy się powoli z tą myślą, z tą rosnącą dwójką, z tym szokiem, z myślami i wielkim strachem czasami zaprzątającym na maksa moje myśli. Ale o tym innym razem… Nie będę teraz Was zanudzać:)
Wiem, że czujecie się troszkę zaniedbani, że wiecie że troszkę mego serca tutaj brak. Teraz wiecie czemu… Jak się uporam, powoli rzeczywistość zaakceptuje nowości, a ja zaakceptuję nową rzeczywistość, wrócę w pełni do Was. Bo wiem, że czekacie:) Wybaczcie jakieś opóźnienia, ciąża odmóżdża na maxa i sprawia że czas leci swoim nierzeczywistym czasem….




Istnieje 14 Komentarzy

Dodaj swój

Zamieść nowy komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.